Do przodu …
No i jest do przodu … kolejny semestr na uczelni zaliczony. Mega wypasiona średnia – 3,90 (chyba jedna z lepszych w całej historii moich studiów). W końcu zaliczyłem zaległe i nieszczęsne TPI z zeszłego semestru – nie ważne że dopiero za czwartym razem, ważne że zaliczone, (w końcu nie liczy się ilość tylko jakość).
No i nareszcie skończył się miesiąc styczeń, który był pełen napiętych terminów, zaliczeń na uczelni, itp. A pod względem zdrowotnym też nie było wesoło i kolorowo.
Na koniec jedna z lepszych scenek sytuacyjnych z uczelni:
Wykładowca: od 20 lat jak tutaj pracuję, nie zdarzyło się jeszcze żeby ktoś oblał mój przedmiot – jest Pan pierwszy.
Student: no to w pewnym sensie tak jakbym Pana rozdziewiczył.
Pozostali studenci: hahaha, hihihi,
Czy ten blog jeszcze żyje?
Ktoś niedawno zadał mi pytanie – “Jak tam Twój blog żyje? Piszesz coś?” – a tu pustka … nic … totalne zero, ponoć kingusiowe winko już przestało działać i brak weny do napisania czegokolwiek. A może po prostu nic takiego się w życiu nie wydarzyło, co warte byłoby opisania.
W międzyczasie wpadł mi w ucho niezły kawałek pt. “Flesze” (wyk. VNM feat. Natalia). Poniżej fragment tekstu, który według mnie najbardziej nakłania do refleksji:
…kiedy ujrzę słońca ostatni blask, poczuje ze to już czas
kiedy ostatni raz zamknę oczy, chciałbym czuć ze się ciesze
gdy pod powiekami zobaczę flesze, moje flesze…
I może jeszcze jedna piosenka – od razu mówię, że znowu powieje refleksją – “Angel” (wyk. Sarah McLachlan). To akurat z filmu “Miasto Aniołów” – film, który ku mojemu (… i nie tylko mojemu …) zdziwieniu dopiero wczoraj pierwszy raz widziałem. Zapodam również cytat, którego chyba nie trzeba komentować …
-Gdybyś wiedział że tak będzie, zrobiłbyś to?
-Wolałbym tylko raz powąchać jej włosy, pocałować usta, dotknąć dłoni, niż zaznać wieczności bez tego. Tylko raz.
Nigdy nie mów nigdy …
Nowy rok zawsze przynosi jakieś niespodzianki. Ale to co mi się przytrafiło … powiem krótko … moja wyobraźnia nie sięgała do tej pory tak daleko. Dzień jak co dzień – popołudniowa drzemka przy muzyce. Tego dnia wybrałem kawałki Studia Lewy Kanał. Ale coś było inaczej niż zwykle. Potrzeba snu zakończyła się na utworze pt.: “To Tylko Życie” (wykonanie Dyndum feat. Mizio). W tym momencie do głowy zaczęły napływać mi setki myśli i słów, którymi chciałem zastąpić oryginalny tekst tego utworu.
Zaczęły się “kleić” pierwsze słowa, wiersze i rymy. Dosłownie 2 godziny i prawie to ogarnąłem. Następnego dnia wiedziałem co chcę przekazać innym. Po 2 dniach “obróbka” techniczna, ostateczne dopasowanie rymów i gotowe. Tym samym w 4 wersach streściłem 24 lata swojego życia.
Sam chyba jeszcze nie wierzę w to co napisałem – pierwszy raz w życiu zaskoczyłem samego siebie. Niespodziewany przypływ umiejętności? Ukryty talent? Niektórzy twierdzą że to skutki uboczne zażywania trunku o jakże tajemniczej nazwie – Kingusiowe Wino Ryżowe – ale lepiej nie idźmy tym tropem. Nie to jest w tej chwili najważniejsze. Najważniejsze jest to że udało mi się poprzez słowa przekazać innym … a zresztą zobaczcie sami …link do całego tekstu: www.facebook.com, lub wersja pdf.
Replay…
Noworoczny wpis miał być zupełnie o czymś innym. O udanej imprezie Sylwestrowej ze znajomymi, o spontanicznym spotkaniu z “nieznaną” znajomą. Plany były ambitne, ale pokrzyżowała je niejaka grypa. Dokładnie tak samo jak w zeszłym roku to ona zdominowała ostatni tydzień starego roku – po prostu kilka dni wyjętych z życiorysu.
W takim momencie na usta ciśnie się cały alfabet słów tzw. “łaciny podwórkowej” typu: k…, ja p…, itp!!! Co zrobić? Mówi się trudno – Life is brutal. Po raz kolejny sprawdziła się moja życiowa maksyma, że “najlepszy plan to brak planu” i coś chyba w tym jest. Choroba już mnie nauczyła że nie ma sensu planować czegokolwiek z wyprzedzeniem nawet jednotygodniowym. Że już nie wspomnę o przypadkach gdzie plany z jednodniowym wyprzedzeniem szlag trafiał.
Także tegoroczny Sylwester to TV + pilot i długa rozmowa z “nieznaną” znajomą. Może to nie to samo co spotkanie w realu, ale jak to mówią – co się odwlecze, to nie uciecze – także byle do wiosny. Oby ten rok był jeszcze lepszy od poprzedniego … i cały czas do przodu.
Dzięki
… za mile spędzony czas, dużo śmiechu i możliwość oderwania się na chwilę od szarej rzeczywistości. O czym mówię? O zakończonym w miniony piątek cyklu szkoleń, który ma mi w przyszłości pomóc w założeniu fundacji, stowarzyszenia, itp. Wiadomo – choroba nie jedno ma imię – i nigdy nie wiadomo co mi przyjdzie do głowy.
“Szefowa” zasugerowała że nie interesuje mnie już tematyka szkoleń, tylko zajęty jestem … a zresztą nie ważne czym (czyt. kim) – ważne że było wesoło. “Brutalna” prawda prosto w oczy, zresztą nie tylko mi się oberwało.
Na zakończenie szczera rozmowa z pewną osobą … tak od serca. Dawno z nikim sobie tak nie pogadałem. Tutaj też użyję sformułowania “brutalna” prawda prosto w oczy – ale w nieco innym kontekście (nie ważne w jakim, niech to pozostanie między nami). Pozwolę sobie zacytować słowa tej pewnej osoby – “… ale wiesz, taka szczera rozmowa zbliża ludzi …” – i to chyba wszystko w tym temacie.
Pierwszy wpis i … od razu małe podsumowanie …
Powoli zbliżamy się do końca 2010 roku. Trzeba by co nie co podsumować. Chociaż nie jestem zwolennikiem podsumowań, ale w już prawie „starym” roku trochę się w moim życiu pozmieniało.
Przede wszystkim jest robota, tzn. praca i się człowiek nie nudzi – chociaż ja się nigdy nie nudzę. Na samym początku myślałem, że będzie to trochę dziwne połączenie – informatyk z zawodu, który wcześniej ukończył liceum ekonomiczne i studiuje informatykę będzie się zajmował organizowaniem imprez, funduszami unijnymi i wieloma innymi rzeczami niekoniecznie związanymi z zawodem.
Także ten rok mogę zaliczyć do udanych. Nie licząc oblanego egzaminu z TPI, ale to już chyba tylko przez własne lenistwo.
To tyle na początek … do następnego wpisu